Piszę

Sufit

Druga w nocy. Patrzę tępo na sufit, zastanawiając się, gdzie jestem. Wrócił niepokój, który od jakiegoś czasu towarzyszy mi na co dzień. Stan niepokoju jest obecnie jedyną emocją, którą potrafię nazwać; jedyną, którą odczuwałam. Wieczne napięcie. Jedynie w czasie snu, moje mięśnie się rozluźniają, a umysł na chwilę odpoczywa. Nie jestem jednak przekonana, czy to rzeczywiście sen. Raczej okresy czuwania. I to bardzo krótkie. W zasadzie nie odpoczywam. Czuję się zmęczona bez względu na porę dnia. I rozdrażniona. Myślę, że utraciłam zdolność uśmiechania się. Udaję, że się uśmiecham, a w rzeczywistości rozciągam usta i wmawiam sobie, że to uśmiech. Niektórzy dają się nabrać.

Widzę świetlisto-czarne pasy na suficie, będące odbiciem żaluzji. Obracam głowę w stronę okna. Mocne światło latarni razi mnie w oczy. Zerkam na córkę, która śpi obok. Odgarniam jej włosy z oczu. Dlaczego on nam to zrobił, kochanie? Co teraz będzie? Przypominam sobie jego słowa: „Wiem, że kiedyś mała znienawidzi mnie za to, ale jakoś będę musiał z tym żyć”. Biorę głęboki wdech i bezszelestnie wypuszczam powietrze, żeby nie obudzić dziecka. Dobrze, że potrafię jeszcze oddychać. Już dzisiaj nie zasnę. Będę wpatrywała się w odbicie żaluzji na suficie i odliczała minuty do świtu, kiedy to w końcu ich cień wyblaknie, a pokój wypełni dzień. Moja córeczka obudzi się pełna życia i radości, a ja znowu nie będę potrafiła dotrzymać jej kroku. Postaram się oddychać. To na razie musi wystarczyć.

Zastanawiam się, czy słusznie obwiniam serce za ten wszechogarniający ból. Zaczynam podejrzewać, że to wszystko wina mojej głowy. To przecież ona nieustannie każe mi o nim myśleć; to ona przewija niekończący się film z nim w roli głównej. Dochodzę do finałowej sceny, po czym znowu wracam do początku, analizując klatka po klatce to, co się wydarzyło.

Leżę i słyszę w głowie rozrywane więzi. Sieć połączeń pomiędzy nim a nami została zniszczona, a powstałe wcześniej struktury przecięte. Wyobrażałam sobie kobiece palce pociągające za sznurki w mojej głowie. Z wielkim wyrafinowaniem, a jednocześnie spokojem rozrywają jeden po drugim. Więzy opadają bezwładnie i żałośnie. Nie stawiają oporu. Kobiece palce są długie i smukłe. Przystają na chwilę, po czym ponownie pociągają koniuszkami za następny sznurek. To my i nasze pierwsze spotkania. Przechodzi mnie dreszcz. To my i nasz ślub. Zaciskam zęby. To my i nasza nowo narodzona córeczka. Zaciskam pięści. Sznurek po sznurku. Poddają się. Już nigdy nie uda się odnaleźć ich końców i nieomylnie związać. Bezpowrotnie rozerwane i splątane.

Świetlisto-czarne pasy powoli zanikają, a ich miejsce zajmuje biały sufit. Boli mnie głowa. Słyszę głos mamy dobiegający z dołu. Przypominam sobie, że wróciłam do domu. Z dzieckiem i jedną reklamówką. Nie wiem, kiedy zdobędę się na odwagę, żeby wrócić tam, skąd przyszłam i pozbierać resztę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.