Piszę

Miazga

– Nie kocham cię już. – powiedział, przeciągając się na kanapie i zakładając nogę o nogę tak, że kostka jego prawej nogi dotykała kolana lewej. Zobaczyłam zielone skarpetki – te same, które z taką starannością składałam po praniu i wkładałam do jego szuflady. Jego obie dłonie dotykały kostki prawej nogi. Te dłonie, które jeszcze niedawno głaskały, teraz miały moje serce w garści. Zakłamane dłonie. Dwulicowe. Czułam, jak ich uścisk się zaciska. Patrzyłam na niego bezmyślnie, nie mogąc złapać oddechu. Jego knykcie poczerwieniały. Sięgnął po moje serce.

– Nie chcę cię już. Mam dość. – kontynuował. Uścisk jego dłoni na moim sercu zacisnął się na tyle, że wywołał ból, jakiego do tej pory nie czułam.

– Jak możesz tak mówić? Przecież… – powiedziałam, ale on nie pozwolił mi dokończyć.

– Tak czuję! Przestało mi się podobać. Ty przestałaś mi się podobać. – stwierdził. Opuścił prawą nogę i skrzyżował ręce. Czułam, że przebija się do mojego serca i zaczyna w nim grzebać. Doszedł do samego środka.

– Podobać? Jesteśmy małżeństwem. Przecież w małżeństwie nie zawsze jest różowo. Miłość to nie kawiarnia i bukiety róż. Miłość wiążę się również z trudnymi momentami. Z kłóceniem się i godzeniem. Z wytykaniem sobie błędów i przebaczaniem. Z milczeniem i rozmową. Z byciem razem i byciem daleko od siebie. Często właśnie z byciem daleko. – powiedziałam z łzami w oczach, które przebił ból w moim sercu. Moje oczy pękły. On nie ruszył się z miejsca.

– Daj spokój. To nie ma sensu. Popatrz na siebie. – założył ręce za głowę.

– Jak możesz tak mówić? – zapytałam i poczułam, że moje serce jest już kawałkiem mięsa, którym się bawił. Jego dłonie je rozszarpywały. – Nie możesz mi tego zrobić. Wiem, że ostatnio mieliśmy trudniejsze dni, wiem, że kłóciliśmy się więcej, ale to nie jest powód, żeby się rozstawać. Każde małżeństwo przeżywa kryzys. Poradzimy sobie. – próbowałam go przytulić, ale on nawet nie drgnął. Moje serce było już bezkształtną masą. Papką. Nie potrafiłam oddychać. Nie czułam już bólu w sercu, czułam ból w każdym zakamarku swojego ciała. Miętosił moje serce.

– Wiem, że mnie kochasz. Lepiej by było, gdybyś mnie nie kochała. Ja już cię nie kocham. Możemy razem mieszkać. Nie przeszkadzasz mi. – stwierdził i wstał, dając mi do zrozumienia, że to koniec rozmowy.

– Co ty mówisz! Jak możesz! Mamy córkę! Nie możesz tego zrobić! – próbowałam go zatrzymać, ale on odwrócił się i wyszedł.

– Nie wiem o której wrócę. – usłyszałam. Jego dłonie zwolniły uścisk. Moje serce. Rozmiażdżone. Zgniecione. Zdeformowane. Nieodwracanie okaleczone. Przypominało już tylko bijącą tkankę o nieokreślonym kształcie. Jego dłonie wycisnęły z niego życie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.