Piszę

(Bez)czas

Przebudzenia przestały napawać mnie już grozą. Jeszcze nie tak dawno temu bałam się poranków, które przynosiły beznadziejność i powtarzalność. Dni mijały wówczas za szybko. Były tak bardzo do siebie podobne, że praktycznie ich nie rozróżniałam. Nie rozróżniałam nie tylko dni tygodnia. Łapałam się na tym, że musiałam się zastanowić, jaka jest dziś data, miesiąc czy nawet pora roku. Wpadałam w dół bezczasu. W próżnię, w której czas przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Dni przechodziły w noce, noce w dnie. Łagodnie, niezauważalnie, bezcelowo. Powtórna nauka czasu i umiejscowienia siebie na osi przychodziła mi bardzo trudno. Kilkakrotnie w ciągu dnia spoglądałam na kalendarz, żeby sprowadzić ponownie teraźniejszość. Niemalże siłą. Dzisiaj jest piątek. Wiosna. Kwiecień. Nie rozumiałam jednak dlaczego po chwili to wszystko umykało, a ja znowu tkwiłam w bezczasie. Zresztą, dzień tygodnia, data, miesiąc nie miały wówczas żadnego znaczenia. Ważne, że jeszcze potrafiłam się obudzić. Obolała. Z pustą głową. Ale jednak.

Minęło pięć lat. Obecnie otwieram oczy zupełnie bezboleśnie. Potrafię znaleźć siebie w teraźniejszości. Jestem tu i teraz. Piątek. 24 kwietnia 2020 roku. Wiosna. Czuję to. Stawiam stopy na zimnych kafelkach. Siedzę jeszcze chwilę, wpatrując się w okno. Wstaję i kieruję swoje stopy do kuchni. Przenika mnie chłód. Nie myślę jednak o znalezieniu kapci. Kładę dłoń na czerwonym czajniku i uśmiecham się, czując, że jest jeszcze ciepły.

Nie słyszałam, jak wyszedł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.